Saturday, 31 July 2010
Ten sam los (The same fate) - my film debut!
Tuesday, 25 May 2010
Helsinki, Aalto
Dom i pracownia architekta, to przyjemna modernistyczna, kwadratowa chatka z płaskim dachem połozona na obrzezach Helsinek pośród wielu drzew liściastych.






Więcej a właściwie wszystko (!!!) na temat budynku (pdf z oficjalnej strony KELA !!!): http://www.kela.fi/in/internet/liite.nsf/NET/121207122235HS/$File/Kela_E.pdf?openElement



Więcej zdjęć: http://picasaweb.google.com/zpiotrowicz/201005Helsinki#
Monday, 10 May 2010
Nantes, Le Corbusieur
Wiadoma wszystkim brutalistyczna surowa stylistyka zewnętrzna sprowadza się wyłącznie do funkcji, którą jest umieszczenie mieszkań jednym na drugim. Wszystkie mieszkania są dwupoziomowe. Jedynie kazdy podcień balkonu innego koloru wprowadza urozmaicenie na elewacji i sprawia wrazenie ze miejsce jest zywe, kolorowe niczym arabski bazar. Wnętrze - te same podstawowe kolory na przemian, długie korytarze i kolorowe drzwi i ściany sprawiają wrazenie jak np Złota Uliczka w Pradze, czy ogólnie kolorowa uliczka w mieście. Wysokość korytarzy - akurat na wyciągnięcie ręki - od razu przychodzi skojarzenia najsłynniejszego rysunku Le Corbusieura i jego studium skali człowieka. Tyle z ogólnych wrażeń, kto zna 5 zasad Le Corbusieura oczywiscie dostrzeże rzeczy obecnie oczywiste jak konstrucja na słupach, płaski dach, uwolniony przestronny parter, swobodna elewacja... jedynie żadnych usług nie znalazłem w budynku, który wdzięcznie wznosi się nad okolicą i widać go z daleka.




Więcej zdjęć: http://picasaweb.google.com/zpiotrowicz/20100508France#"
Tuesday, 15 August 2006
SZIGET FESTIVAL - 13.08.2006 Budapeszt, Wyspa Sziget,
Tego dnia na głównej scenie występowali: Sons and Daughters, dEUS, węgierski Heaven Street Seven i Radiohead. Sons and Daughters dali czadu po południu, moją uwagę zwracała basistka popijająca wino. dEUS zagrał wyśmienicie, zaczęli od dźwięków Theme from turnpike w czasie którego wyszli na scenę, potem Fell off the floor man, Instant street i dalszą część setu. Grali swoje utwory szybciej, tak aby rozruszać festiwal, wg mnie dobry pomysł. Na koniec zwolnili tempa i zagrali kilka wolniejszych np Nothing really ends, a na koniec jak zwykle For the roses Ich koncert był świetny! W festiwalowej formie. Heaven Street Seven brzmiał ciekawie, niebanalnie, ponoć ma dobre teksty. Niestety nie rozumiałem, ani też wcześniej nie znałem żadnej z ich piosenek, śpiewali po węgiersku. Myślę że w kraju odgrywają taką rolę jak w Polsce Myslovitz. Radiohead swoim występem przyćmili wszystko, nawet wyśmienity koncert dEUS'a. Dla mnie to po prostu symfonia, z efektami wizualnymi, grą świateł. Zaczęli od Airbag, zagrali nawet Karma Police, czego się nie spodziewałem. w drugiej części koncertu więcej z The Bends, dużo grali z OK Computer, zaprezentowali kilka nwych piosenek, zakończyli jak zwykle Everything in it's right place. Po berlińskim koncercie 3 lata wcześniej, postanowiłem, że będę jeździł na ich koncerty dopuki nie usłyszę dobrego koncertu w ich wykonaniu. Teraz chciałbym być na każdym ich koncercie.
Tuesday, 5 July 2005
U2 Vertigo Tour 05 - Chorzów, Stadion Śląski 5.07.2005, relacja z koncertu
Niesamowita energia już przy pierwszych dźwiękach Vertigo, po oklaskach Bono powiedział po polsku "Dziękuję" - wiadomo jaka była reakcja publiczności. Dalej I will Follow i Elevation - mały żarcik, gdzie w momencie, kiedy każdy się spodziewał mocnego uderzenia, kontynuowany był początkowy motyw gitarowy. Nikt nie wiedział kiedy nastąpi owe "uderzenie" nastąpiło po bodajże trzecim E-LE-VA-TION!!!. Koncert zaczął się kiedy było jeszcze jasno. Następnie Electric Co i oczekiwany New Years Day, gdzie przy tym utworze ku czci Solidarności, ci co byli na płycie unieśli w górę coś czerwonego, ci co na trybunach - coś białego, tworząc wielką polską flagę. Zaskakujące jak szybko się fama rozniosła przez internet. Każdy kto tworzył tę żywą flagę polską na stadionie, a chyba każdy, czuł się jakby był nieodzowną częścią koncertu i U2, jakby ten utwór był też o nim. Nastąpiła niesamowita nić porozumienia między wszystkimi a Bono i U2, były też chwile wzruszenia... Bono powiedział: Beautiful concert, beautiful day i zaczęli Beautiful Day. Miracle Drug zadedykowany został komuś kto "dorastał niedaleko stąd i ukradł mi gogle…" - powiedział Bono. Wzruszający był zaświecający się i gasnący kardiograficzny puls na telebimie i przyspieszenie nałożonych kilku na siebie podczas refrenu, jakby inny wymiar życia - inny świat…(sic!). Było Sunday Bloody Sunday, którego nie było w Warszawie 8 lat temu, z towarzyszącym tej piosence symbolem "Coexist" złożonego z półksiężyca, gwiazdy Dawida i krzyża (zaprojektowanym przez Polaka). Symbol był umieszczony na telebimie i na opasce, którą Bono naciągnął sobie na oczy, ukazując zaślepienie niektórych, bądź aby patrzeć na innych poprzez koegzystencję a nie antagonizmy. Symbol towarzyszył następnej piosence, zaangażowanej politycznie - Bullet The Blue Sky. Przy Pride odniosłem wrażenie, że Bono rozsadzało, nie śpiewał refrenu przeciągając jak najdłużej, śpiewał na jedno tempo z publicznością, z punkrockową energią. Przy Where the Streets Have No Name, wszyscy machali rękami w dyrygowany przez Bono rytm afrykański, czyli stamtąd, gdzie ulice nie mają nazw naprawdę, w tym czasie na telebimie wyświetlane były flagi państw afrykańskich. Następnie rozpoczęli set z 3 piosenkami z płyty Achtung Baby. Zaczęli od One, potem na chwilę zeszli za sceny i niby bisując zaczęli grać dalej. Przy Zoo Station, podobnie jak przy ZOO TV Tour, najpierw pojawił się cień tańczący kankana, potem gwiazdki Unii Europejskiej, lecz nie spadające, tylko składające się z sowieckich czerwonych gwiazd, a potem motywy na telebimie jak na okładce płyty Kolaboracja II - Dezertera, czyli twarze Bono, Edge'a, Adama i Larry'ego niczym Marksa, Engelsa i Lenina na sztandarze. Grafika, w tym kolorystyka trochę też "Kraftwerkowska" i a'la lata siedemdziesiąte, tak czy inaczej, bardzo udana. Bono natomiast założył na siebie mundur wyglądający na oficerski. Następnie The Fly i With Or Without You, znowu zeszli na chwilę ze sceny i już tylko z nowej płyty (All Because of You i Yahweh). Najwięcej grali oczywiście z How To Dismantle An Atomic Bomb, potem z The Joshua Tree i Achtung Baby, nic z Pop, nic z Zooropa i nic z October. Na końcu Bono krzyknął "Once more! Once more!" i Vertigo. Refrenowe "oooooooooooo" śpiewali wszyscy, potem powiedział (po polsku) "Dobranoc" a na telebimie pojawił się napis "the end". Na żaden nadprogramowy bis nie dali się namówić. Gdy wszyscy wychodzili, dalej śpiewali refrenowe "ooooooooooooo" z Vertigo.
To był niesamowity koncert, trudno mi sobie wyobrazić na innych ich koncertach taką atmosferę jak w Polsce przy piosenkach New Years Day (wiadomo) i Pride. Jednak uważam, że koncert ma małe szanse na edycję na DVD, ze względu na nagłośnienie - nie trzymało poziomu i nie było jakieś rewelacyjne. Choć pod względem artystyczno-emocjonalnym na pewno zasługuje na utrwalenie na DVD. U2 to szczególnie traktowany zespół w Polsce, po pierwsze, poprzez utwór New Years Day, inspirowany sytuacją w Polsce po wprowadzeniu stanu wojennego 13 grudnia, Polacy poczuli, że o nich nie zapomniano, po drugie, Polska i Irlandia to bardzo podobne do siebie kraje, głównie pod względem historycznym - o czym sam Bono mówił podczas koncertu, usłyszał za to po polsku (sic!) "Dziękujemy". U2 jakby stał się częścią polskiej historii.
Przypomnę jeszcze że podczas Elevation Tour na jednym z koncertów w Niemczech, Bono dostał polską flagę z napisem "Why Not In Poland" i uniósł ją ostentacyjnie w pytającym geście.
Friday, 13 December 2002
"MNIEJ IDEOLOGII WIECEJ GEOMETRII" - CO TO MA ZNACZYĆ? NOWOHUCKIE BIENNALE 2002, KRAKÓW - NOWA HUTA
"Mniej ideologii, więcej geometrii" - to myśl przewodnia tegorocznych nowohuckich biennale architektonicznych (sic!). Hasło niczym żywcem wyjęte z czasów socrealizmu, kiedy to właśnie powstała Nowa Huta. Merytorycznie niczym nieróżniące się od sztandarowych haseł tamtych lat. Sama geometria nie załatwia sprawy. Wystarczająco dużo jest jej na innych krakowskich osiedlach - sypialniach. Architektura musi być też użyteczna. Sam konkurs to zabawa, czy na poważnie? Nie do końca był odpowiedzią na rzucone hasło, a prace, podobnie jak ww. maksyma nie wniosły nic konkretnego do neorenesansowej tkanki. Co do Nowej Huty, wiadomo, że jest niedokończonym dziełem. Zamknięciem południowej strony Placu Centralnego miał być okazały i reprezentatywny teatr. W miejscu Os. Centrum E i NCK-u również miały stać budynki, a nawet urządzone jednostki sąsiedzkie. Powstać miał jeszcze min. neorenesansowy ratusz, iglica na środku Placu i płaskorzeźby na bocznych ścianach ryzalitów.
Przedpole widokowe na Łęg niewątpliwie było największym polem do manewru. Projekt zwycięski i zdecydowana większość proponowała umieszczenie tam terenów zielonych. Jest to także najtańszy sposób uporządkowania tej najbardziej nasłonecznionej i dzikiej części dzielnicy. Taka koncepcja przyświecała również innym nacjom biorącym udział w biennale. Wietnamczycy proponowali zespół fontann i oczek wodnych z całą inżynierią, Włosi natomiast promieniste układy neobarokowo-angielskich ogrodów na współcześnie (zgodnie z obecnymi, organicznymi trendami w urbanistyce). Natomiast inni Włosi odpowiednio ustosunkowali się do myśli przewodniej biennale i postawili śmiałą złożoną bryłę na południowej ścianie Placu Centralnego. Żeby nie było banalnie, przesunięto ją trochę w prawo pozostawiając z lewej strony trochę prześwitu na Łęg. Za to dostali Nagrodę Dziekana Wydziału Architektury. Rzeczywiście odpowiedzieli na zadany temat. Sama geometria. Utkwił mi w pamięci zegar na Placu z wielometrową poziomą wskazówką sięgającą CAHTS, czyli "helikopter Nowa Huta". Najbardziej mi się podobał projekt, który nie miał szans wygrać, bo był nie na temat. Zakładał ciekawą rozbudowę urbanistyczna dzielnicy w stylu 3 razy NH. Powstała w ten sposób żywa tkanka miejska, która się "rozmnaża". Autorzy zestawili ze sobą trzykrotnie układy ulic z okolic Centrum w jeden zwarty. Projekt bardzo nowoczesny, ale nie miał określonych hierarchii ważności ulic, trzy równoznaczne Place Centralne. Narzucał się pewien główny ciąg, ale być może to była tylko koncepcja nic więcej. Nawet postawiony został w mało widocznym miejscu, chyba organizatorom nie o to chodziło, bo urbanistyka to czysta ideologia - nie geometria.
Biennale nie wprowadziły w zasadzie nic nowego. Odbyta później dyskusja przedstawiła kilka dodatkowych drobnych propozycji, typu bezpośrednie połączenie z lotniskiem na Balicach, ale cały czas niewielki miało to związek z geometria. Jednak każda taka impreza to szansa dla Nowej Huty na pewne zmiany. Może po tej tez cos wyniknie pozytywnego, np. bezpośrednie połączenie z Balicami.
Saturday, 9 November 2002
WĘGIERSKA ARCHITEKTURA ORGANICZNA KRAKÓW 22.10-10.11.02
Nurt Architektury Organicznej szkoły Imre Makovecz'a
Architektura węgierska nie jest do tego stopnia znana i popularna jak np. włoska. Węgrzy tez, prócz Parlamentu i może Mostu Łańcuchowego, nie maja aż tak powszechnie rozpoznawalnych symboli własnej architektury jak np. Francuzi Wieżę Eiffla, Łuk Triumfalny, czy tez Centre de Pompidou. I jeśli ktoś chce pozwiedzać jakiś kraj pod kątem architektury, raczej wybiera inny. Obecnie na Węgrzech też nie buduje się tyle co w Berlinie i nadal nie powstają rzeczy na tak wielką skalę. Jednak będąc tam można zauważyć, ze tamtejszy modernizm i cała architektura współczesna stoją na wyższym poziomie niż w Polsce i to od dłuższego czasu. Kto nie miał okazji przekonać się na własne oczy mógł odwiedzić wystawę "Węgierska Architektura Organiczna", która trwała od 22 października do 10 listopada bieżącego symetrycznego (2002) roku i odbyła się w Muzeum Etnograficznym w Krakowie. Zaprezentowano tam "nurt tzw. Architektury organicznej, szkoły Imre Makovecz'a, jednego z najwybitniejszych współczesnych architektów węgierskich, oraz dzieła Stowarzyszenia Karoly'a Kos'a, które powstało jako sprzeciw wobec estetyki i ideologii komunistycznej, o czym poinformowała nas ulotka na miejscu.
Stowarzyszenie podobno "zrzesza architektów, którzy swoja współpracę rozpoczęli od obserwacji człowieka, jego sposobu poruszania się, poszukując energii przestrzennej, jaka jest mu potrzebna do życia". I rzeczywiście, trudno mi było jednoznacznie określić zjawisko wielokrotnych obłych kształtów, falistych przykryć na wielu poziomach dachów i daszków domów mieszkalnych np. na wzgórzach. Były tam dwa projekty takich właśnie domów mieszkalnych przypominających planetarium, albo stacje badawcza. Budynki nowoczesne, bardzo sielskie jednocześnie, co uwydatnia ich usytuowanie na wzgórzu. Autorstwa Laszlo Sarosa - jednego z założycieli Stowarzyszenia Karoly'a Kos'a. Jeden z nich, ten, który powstał we współpracy z Lilla Borzsak, posiadał dodatkowo kilka kolejnych atrybutów architektury węgierskiej - kopuły, nawet kilka, za jedna okazało się, ze była kolejna. Oba obiekty powstały we współpracy z Ferenc'em Lorincz'em, bardzo zgrabnie komponuje się z otoczeniem swoimi wypukłymi kształtami. Był jeszcze jeden podobny projekt Laszlo Sarosa i Lilla Borzsak - dom mieszkalny w Budapeszcie u podnóża góry z wystającymi skałami prawdopodobnie wapiennymi, (bo jasnymi). Budynek biały, czyli także jasnego koloru, duży, z dobudowana baszta o nietypowych oknach, jakby klepsydry na każdej ścianie (nie wiem, co to miało oznaczać, zwłaszcza, że reszta budynku, była utrzymana w konwencji wręcz modernistycznej), tym razem bez obłości (sic!).
Kolejne ciekawe przedsięwzięcie z wykorzystaniem krzywizn (mnie ono najbardziej podobało się), to dobudowana kondygnacja do niskiego domku parterowego. Obok przylegał znacznie wyższy budynek. Nadbudowa stopniowo, ale płynnie schodziła z poziomu budynku wyższego do poziomu tego niższego. Pełna płynność podkreślały właśnie te obłe kształty - obłe w przekroju pionowym, a płaskie w elewacji, czyli schodkowe zejście, co w sumie dało znakomity wynik w perspektywie. A drewniane wykończenie całej nadbudowy, doskonale współgrało ze stolarka na parterze. Był to projekt Sandora Devenyi w Pecsu - mieście, któremu stworzył nowy obraz "dzięki swej organicznej wizji architektonicznej". Kolejne jego przedsięwzięcie w tymże mieście urzeczywistniło te idee. Munkachy udvar - dom - jego autorstwa we współpracy z Endre Borza i Kristof Lapossy. Jedna elewacja, to twarz, po prostu twarz: okna niczym oczy, symetrycznie rozłożone pod pół-łukami odwróconymi od siebie jakby plecami. I nie jest to jego jedyna tak organiczna elewacja w tym mieście. Innym towarzyszy także bogaty detal balustrady i bramy wejściowej, oraz kolorowa ceramika jak na domach Hundertwassera w Wiedniu. Widać tu nawet po prawie stu latach pozostałości Cesarsko-Królewskich związków kulturalnych z sąsiadem, a żeliwne detale przypominają o secesji, która również miała znaczne koneksje z przyroda, o czym jest mowa.
Elementy faliste (attyki, daszki itp.) występują w Pecsu na wielu projektach Sandora Devenyia i na posadzce przed kościołem. Mozaika z kostki brukowej płynnie (trochę infantylnie) zaprasza do kościoła nakierunkowywujac na główne wejście. W tymże mieście stworzono także dwie ciekawe plomby architektoniczne. Zarówno jedna, jak i druga bardzo komponowały się z otoczeniem. Pierwsza nawiązywała do całego ciągu kolorystycznie w dosłownym tego znaczeniu, usytuowana w malowniczej uliczce i wyróżniała się od pozostałych stanowiąc pewne podwinięcie elewacji w pewnym miejscu i podparcie jej zapałkami, aby nie opadła. Bardzo ciekawa bryła Romai Udvar z 1991 roku. Inna plomba w Pecs - Villainsujtotta Hal, kolejne utrzymanie tonacji pierzei w strukturze - na elewacji podłużne elementy - jako kontynuacja, i kolorze - pastelowa tonacja brązu i koloru raczej stalowego niż szarego w tym kontekście. W miejscu złączenia - wypieszczone pęknięcie, jakby nienaturalne i wyjęte z kontekstu, albo tam wsadzone.
Jak już wspomniałem, Węgry nie maja zbyt wiele spektakularnej architektury, specjalizują się raczej w niskiej zabudowie. Szentendre - typowy dom mieszkalny na jednej z głównych ulic tego małego, acz uroczego miasteczka. Autor: Laszlo Saros we współpracy z Lilla Borzsak, czyli Stowarzyszenie Karoly'a Kos'a. 1990-95 rok. Na rogu dwóch ulic utrzymana konwencja niskich domków. Szczyt, jak gdyby wywinięty na wierzch, albo wykrojona część dośrodkowa na zewnątrz, na tym właśnie rogu, podparta filarem. I chociaż ma inny charakter, komponuje się z wieżą kościoła w oddali. Swoja wysokością nie wykracza nawet poza kalenice, także poza szczyty innych domków, ale wyraźnie się wybija. To był akurat chyba najmniej organiczny obiekt na wystawie, może, że chodziło o nawiązanie do sztuki ludowej. Inny przykład cech węgierskiej architektury: niskie krępe budynki przykryte kopułą. Taka dobudówkę zastosował Sandor Devenyi w jednym ze swoich projektów w Pecsu mieszcząc tam prawdopodobnie kawiarnie. Takie jest też złączenie dwóch ciągów pasaży, czy straganów na targowisku miejskim w Vac - autorstwa Laszlo Sarosa i spółki. Oprócz tego na plac prowadzi brama murowana o falistym kształcie z dwoma wieżyczkami w kolorze pastelowym. Z takich niskich pasaży zaprezentowano jeszcze rynek w Dunaszerdahely na Słowacji - w części zamieszkałej w większości przez Węgrów. Jest to praca Jozsefa Makovecza prezentującą ciąg niskiej zabudowy z podcieniami i elementami dominującymi co jakiś czas, coś jak krakowskie M1, albo Sukiennice. Struktura ta ogranicza z dwóch stron ten główny plac miejski, a dodatkowo urządza całą przestrzeń z wysokimi blokami w tle. Kolejny tego typu obiekt umieszczony na wystawie to budynek Uniwersytetu Katolickiego w Triskell autorstwa Jozsefa Siklosi. Podobna bryła, ciąg delikatnego zadaszenia zwieńczonego mocniejsza bryłą, całość przykryta ciągiem załamanych fal, daszkami o małych połaciach i na różnych poziomach. Ta lżejsza część podparta zwielokrotnionymi zastrzałami - kolejny charakterystyczny element, w tym przypadku detal, architektury węgierskiej. Zaobserwujemy go również w Kościele Luterańskim w Siofok, który okazał się kwintesencja architektury organicznej. Jego elewacja, przypominająca sowę, to samo sedno tytułu wystawy. Wyżej wymienione drewno występuje tu jako wykończenie i konstrukcja nośna. Jest go tu po prostu pełno, a poszczególne ornamenty, elementy, czy inne dekoracje, sprawiają wrażenie, ze i Stwórca miał tu swój udział w tworzeniu własnego domu. Do tego cala infrastruktura (plebania itp.) tworzy zgrabna i zwarta kolonie.
Nie dopatrzyłem się wielu prac samego Imre Makovecza natomiast jego szkoła w połączeniu ze Stowarzyszeniem Karoly'a Kos'a zaprezentowała architekturę bardzo odważną, no i dobrą przede wszystkim. Niestety nie stanowi ona nic przebijającego się w skali choćby nawet europejskiej. I nie ma szans. Poza tym wszystkie obiekty (oprócz jednego) wzniesiono poza Budapesztem, gdzie mieszka 1/5 populacji całych Węgier, kraju leżącego na prowincji Europy, stad tez cala ta architektura pozostanie prowincjonalna. Przyrównując natomiast do Polski, jest ona dużo bardziej śmiała i eksperymentalna. Większość powstała na początku lat 90-tych, czasu jeszcze ciągnących się przemian i należało szybko, nawet prowizorycznie, dostosowywać prawie wszystko do nowych funkcji, a wtedy nikt u nas nie myślał w pierwszej kolejności o walorach estetyczno-kompozycyjnych, stosowano raczej naśladownictwo. Pójście Węgrów własną drogą zaowocowało, o czym można było się przekonać, oglądając architekturę nowoczesna, charakterystyczna i rozpoznawalna jako węgierska.






























