Friday, 2 March 2001

DYLIŻANS - Listopad 2000 Kraków, Klub Re, relacja z koncertu

DYLIŻANS (pierwotnie dla zina BLOK, ostatecznie nie umieszczona) - Listopad 2000 Kraków, Klub Re. Małe mroczne pomieszczenie, jest jesień, Robert Brylewski, Tymon Tymański, Grzegorz Nawrocki stworzyli niesamowity transowy projekt alternatywny na zlepku yassu i punka. Grali utwory Brygady Kryzys, Kryzysu, Izraela, Kur, Pogan, Velvet Underground i nie tylko, czyli i Centralę, i Venus In Furns, i Wirtualną Miłość, i ...widziałem cie z innym chuopcem...(Tymon i Trupy), i Święty Szczyt...A wszystko jakby na jedno kopyto, ale za to jakie. Trans non stop, chociaż to różne utwory, klimatu dodawała perkusja Ś.P. J.Oltera tworząca jakby dopowiadające tło i konga (Majewski), i trójka frontmanów o niebanalnych wcześniejszych dokonaniach muzycznych na tej małej scenie. (przyp. Brylu - Kryzys, Brygada Kryzys, Izrael, Armia, Falarek, współpraca ze Światem Czarownic... Tymon - Kury, Czan, Miłość, Trupy, Masło, NRD, współpraca min. z Lesterem Bowie... Grzesiek - Kobiety, Ego, Czan...) Jeden z lepszych koncertów w moim życiu, jakby w jednej pigułce wszystko.


Thursday, 1 March 2001

CHUMBAWAMBA - 12.08.2000 Olsztyn, relacja z koncertu

CHUMBAWAMBA (Inwazja Mocy), recenzja dla BLOK'u - 12.08.2000 Olsztyn, wstęp wolny. Popołudnie w jakimś lasku w Olsztynie. Siedzimy patrząc na Jeziorko (przecież to Mazury). Słyszymy, ze CHUMBAWAMBA ma próbę. Słychać "Mouthful of shit". Prawdziwy koncert zaczęli dopiero ok. 22 od "Drip-drip-drip" z "Tubthumper" i jakoś zaraz potem "Timebomb" i coś z nowej płyty "Wysiwyg" (tytuł to skrót od What you see is what you get), a potem cała reszta i tak przez ponad dwie godziny. Było Tubthumping, Enough is Enough (Open Your Eyes, Time to Wake Up), oczywiście Mouthful of Shits (tym razem nie zadedykowali swojemu premierowi - Tony'emu Blair'owi, jak to uczynili na Odjazdach w Spodku w '97 r. - przyp. tytuł znaczy "Usta pełne gówna"), było I' m with stupid (jestem z głupkiem). Wokalista i wokalistka założyli czerwone T-shirty z takimże napisem i z wizerunkiem palców wskazujących skierowanych na siebie. Była Alice jako zakonnica z flaszka kręcąca biodrami. Nie było Danberta Nobacona w ceglanym garniturze, jak w Spodku, było "Nazi" A' capella, "Jesus in Vegas" (taking care a business). Mniej więcej repertuar podzielony był na ten z ostatniej płyty, ten z przedostatniej (studyjnej Tubthumper) i reszta. Nie zagrali natomiast: "Give the Anarchist a Cigarette," "Amnesia," "Outsider" i nic ze "Swinging with Raymond…" nie mówiąc o "English rebel songs". Ale show i tak był dobry. Wpływ na to miało też przygotowanie wizualnej strony konceru przez muzyków, choćby nawet dobranie stroju do piosenki. Bisowali trzy razy. W porównaniu do wcześniejszego koncertu w Spodku, repertuar był bardziej wyważony i chyba …ciekawszy, chociaż nie wykonali kilku utworów, na które czekałem. Na "Odjazdach" promowali "Tubthumper" i głównie z tej płyty grali utwory. Tym razem było tak jak wcześniej opisałem. Mało brakowało, a przeprowadziłbym wywiad z Chumbawambą, ale szkoda mi było kasy na przekupienie ochroniarzy wynajętych przez RMF FM, żeby mnie wpuścili na scenę. Myślę, że muzycy chętniej udzieliliby nam wywiadu niż jakiemuś tam kolorowemu pisemku typu Playboy czy Wprost (jak to było w przypadku Radiostacji i Marylin Manson). Może daliby się zaprosić na "Punkowa Orkiestrę...". Na koncert można było wnieść teoretycznie dwa piwa a pod scenę w ogóle (podwójne bramki). W praktyce było różnie. Przed Chumbą grali Czarno-Czarni i Big Cyc.

Pozwolę sobie jeszcze na małą polemikę - Na ostatniej płycie widnieje napis "Kopia zabija muzykę" Kilka lat temu byli zadowoleni z tego, że ich płyty są tak popularne w Polsce




Wednesday, 28 February 2001

DIE TOTEN HOSEN - 1.06.2000 Kraków, relacja z koncertu

DIE TOTEN HOSEN - 1.06.2000 Kraków, Klub 38. Bilet 39 i 45 zł. - Recenzja dla zine'a BLOK. Gdybym nie miał wcześniej kupionego biletu, nie poszedłbym na ten koncert, choć i tak się spóźniłem. KSU - nie widziałem, ale na pewno wypadli dobrze jak na "Orkiestrze". Publika ostro przywoływała "Martwe Spodnie". Wreszcie wyszli, wokalista przywitał Kraków w języku polskim i dodał, już po angielsku, że to wszystko, co umie w naszym języku, został mu angielski i niemiecki. Chwila przerwy i... Hey Ho Let's Go. Ruszyli. Zaczęli od tejże piosenki Ramones'ów. Gdy ją usłyszałem, poczułem się jak na spidzie. Potem reszta kawałków od "Bommerlunder" z pierwszej płyty "Opelgang" poprzez "Horrorschau", "A wszystko to, bo ciebie kocham" w wersji oryginalnej /Kauf Mich, Sexy & Reichy/ i wesoły przebój o jeleniach /płyta "Opium dla ludu"/ aż po być może przyszły hymn Bayernu Monachium z ostatniej płyty "Unsterblich", która promował ten i inne koncerty w Europie i Argentynie. Przypomnijmy, że była to druga wizyta DTH w Polsce. Pierwsza gdzie z Kobranocką dali kilka koncertów, podobno w latach 80-tych dla Niemców było to niezłe zetknięcie z ówczesnymi realiami. W tym roku zagrali jeszcze w Warszawie. Oprócz ww. utworów zapodali kilka starych zapomnianych kawałków, no i covery - nie tylko Ramones'ow i nie tylko z płyty "Learning English lecz też "Should I Stay or Should I Go" - The Clash i "First time" - Plain, gdzie refren śpiewała cala sala /Oh! Oh oh oh!/.

Covery świetnie współgrały a nawet udoskonaliły repertuar, publiczność zaś miała niezłą jazdę. Poza tym wszystko zagrane cały takim kopem i niesamowitą energią, że koncert, chociaż trwał ok. 2h, zleciał mi razy szybciej. I nawet, kiedy elementy garderoby fruwały między sceną, nikt się z muzyków nie zamierzał obrazić, jak to zrobił pan Lech Janerka w marcu'99. Widać było jak na jednym z obsługi technicznej zespołu zrobiła wrażenie papa z wielkim napisem DTH. Raz tylko ochroniarz wkurzył wokalistę. Na szczęście pomimo wieku nie są nazbyt zmanierowani, za co ceni ich także starsza publiczność, która licznie przyszła na koncert, co niektórzy z rodziną. W każdym bądź razie widownia w różnym wieku kumata i świadoma. Ja nie zauważyłem żadnego małolata /...wiadomo w jakim sensie/, ani żadnej "armii irokezów", jak na innych takich imprezach. Każdy wyglądał jak chciał. Istny klimat lat 70/80-tych, jakby żywcem przeniesiony z londyńskich klubów zeszłej i jeszcze wcześniejszej dekady. Można było sobie kupić pamiątkowa koszulkę z trasy za 50zł., piwo po znośnej cenie lub zapodać sobie drinka. Pomimo iż wole ich starsze nagrania, koncertu tej "Piątki z Dussoldorfu" długo nie zapomnę.